Życie wśród zegarów

05.10.2016, Szczecin. Prawobrzeże - dwutygodnik informacyjno-reklamowy

Przegrali już piekarze, szewcy i krawcowe bo markety wykosiły tych rzemieślników, ale bronią się jeszcze zegarmistrzowie.

Na co dzień ścigamy się z czasem, ciągle nam go brakuje, choć jego upływ nie dla każdego oznacza to samo. Odkąd zegary zaczęły nam go odmierzać, stał się elementem zauważalnym przez każdego. Według niego działają satelity, działają komputery, latają samoloty, jeździ komunikacja, ale też każdego dnia odciska on swe piętno na wszystkich z nas. Czas. Kiedy zegar przestaje działać, niesiemy go do naprawy. Z tym bywają pewne problemy bo zakładów zegarmistrzowskich coraz mniej. – Młodzi nie garną się do tego zawodu, mówi Grzegorz Zielke zegarmistrz z zakładu przy rondzie w Zdrojach. Do zawodu trafił za sprawą ojca, jest czwartym pokoleniem zegarmistrzów. – Od 54 lat mamy rodzinny zakład w Lęborku, bo stamtąd pochodzę, opowiada pan Grzegorz. Naukę zawodu zawdzięcza ojcu, który zaganiał go do naprawy budzików zamiast włóczenia się po mieście. Od taty zawodu nauczyła się też moja mama, która po pewnym czasie była chyba nawet lepszym fachowcem od niego. Zdarzało się, że trudne naprawy tata powierzał mamie, wspomina. Otworzyła nawet drugi zakład zegarmistrzowski w Lęborku i była taka rodzinna konkurencja.

Przez kilka lat pan Grzegorz dojeżdżał ponad 50 kilometrów z Lęborka do Słupska, gdzie otworzył swój zakład. Później odszedł z zawodu, ale po paru latach wrócił, zwłaszcza, że w Zdrojach znalazł swoje miejsce na Ziemi. Szczerze odpowiada na pytanie czy to prawda, że aby się czegoś dobrze nauczyć najpierw trzeba coś zepsuć. – W każdym zawodzie tak jest. Kiedy własny błąd sprawi, że mimo starań coś nadal nie działa, człowiek z większą atencją szuka i naprawia, mówi Grzegorz Zielke. To  może lekka przesada, że zegarmistrzostwo wymaga wyjątkowej cierpliwości i opanowania. Owszem, nerwowi, którym trzęsą się ręce raczej z wielkim wysiłkiem będą wykonywać zawód, ale jako istoty myślące zawsze jesteśmy w stanie opanować nerwy, dodaje pan Grzegorz. W zakładzie tykają i biją zegary, których spokojne odmierzanie czasu uspokaja. – Proszę zauważyć, że zegar tyka 60 razy na minutę sekundnikiem odmierzając czas. To przecież zbliżona wartość do bicia naszego serca. To dlatego w pokoju gdzie słychać tykanie zegara czujemy się uspokojeni i wyciszeni, podkreśla pan Zielke.

Dziś powszechne stały się zegary w telefonach komórkowych ale wielu ludzi nie wyobraża sobie wyjścia z domu bez tradycyjnego zegarka na rękę. – Był czas zegarków sprowadzanych ze Związku Radzieckiego, które spisywały się świetnie. Były też znakomite zegarki szwajcarskie, które praktycznie nie psuły się nigdy. Dziś czas odmierzają zegarki bateryjne, których cena stała się już śmiesznie niska. Ale zauważa się powrót do tradycji. – Coraz częściej ludzie przynoszą stare zegary, których też dopadł po swojemu czas.

Dokonują naprawy ze względu na wartość pamiątkową, ze względu na sentyment czy po prostu dla zachowania klimatu domu, w którym słychać bicie zegara, mówi mistrz. Przyszła nawet moda na meblowanie domu według wzorów z lat 60 i 70-tych. Ludzie szukają zegarów z tego okresu, które stanowią nie tylko element z epoki. – Bijący zegar czy taki z kukułką ma swoją duszę. To żaden truizm, zaznacza nasz gość. Kiedy zmarł mój tata zegar przestał chodzić. O podobnych przypadkach opowiadają też moi klienci, którzy ze względu na pamięć o zmarłym przynoszą zegar do naprawy. Czy mój syn przejmie kiedyś po mnie zawód i stanie się piątym pokoleniem zegarmistrzów w naszej rodzie, tego nie wiem. Młodzi nie garną się do tego zawodu. Pochłonięci komputerami czasami zapominają, że wszystko zależy do dobrze działającego zegara. Tylko kto je będzie naprawiać gdy odejdą dzisiejsi mistrzowie.

EL                                                                                                            

 

                                                    

Galeria zdjęć

Skomentuj

Znamy Twoje IP (18.210.12.229). Pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy.

Facebook